Lubuskie - część 5 (Białków - Rybocice)

Choć styczeń, to pogoda prawie wiosenna, widać już nawet klucze wracającego do polski ptactwa. Grzechem byłoby zatem siedzieć na tyłku w domu, czas więc na kolejną wycieczkę krajoznawczą. Nie pojechaliśmy daleko, raptem parę wsi od domu, ale to wystarczyło, by zebrać materiał na dzisiejszy wpis. Zapraszamy na kolejną podróż po naszej małej ojczyźnie!

BIAŁKÓW   
W Białkowie był kiedyś klasycystyczny pałac z XVIII wieku. I w sumie niby jest nadal, tyle że już mało zostało z jego pałacowej formy i dziś jest niewyróżniającym się specjalnie budynkiem wiejskiej szkoły.
Po 1945 roku ów dwór przeszedł standardowo na własność  Państwa, pełniąc początkowo funkcję magazynu PGR w Cybince. W latach 1967-1972 przeprowadzono modernizację obiektu z adaptacją na szkołę, upraszczając architekturę budynku i przebudowując jego wnętrza. Kiedyś  pałac wyglądał tak:

    
A dziś budynek dawnego pałacu, już jako szkoła, wygląda tak : 

Front budynku 

I jego tył. Ta widoczna dobudówka to wbrew pozorom nie jest produkt naszych czasów, a przebudowana oranżeria z lat 40 XIX wieku. Wówczas też powstał ten wieloboczny ryzalit, który widzimy na osi symetrii budynku.  

To coś znajduje się tuż obok budynku. Zastanawiamy się, czy jest ot wynik jakiegoś projektu szkolnego? A może to miniatura, która dawnym właścicielom miała przypominać jakieś góry (bo na przykład na terenie założenia pałacowo-parkowego w Cybince są sztucznie usypane wzniesienia  które miały być Sudetami w miniaturze) ? A może to był tylko wybieg dla kóz czy innych pingwinów ?    

Bez względu na to, jak bardzo został zmieniony budynek dawnego pałacu w porównaniu do tego, co możemy zobaczyć na przedwojennym zdjęciu, liczy się przede wszystkim to, że przetrwał- w przeciwieństwie do np. pałacu w Cybince czy Sądowie.        

Nie tylko dawny pałac tu zmienił swe przeznaczenie. To jest np. dawny garaż na wóz strażacki  (pisałem o takich budyneczkach tutaj  )

Tak wyglądał jeszcze nie dawno 

A dziś to muzeum etnograficzne "Petelewo" im. Ludwika Weryszko  

Muzeum i mini skansen
W Białkowie zamieszkuje spora grupa dawnych mieszkańców polskiego kiedyś Polesia. To oni oraz ich potomkowie kultywują pamięć o tamtych ziemiach i tradycjach, które przywieźli "za Buga" Jak widać, szczególnie upamiętniona została nieistniejąca już miejscowość Petelewo, skąd pochodził dziadek inicjatora pomysłu założenia muzeum, Pan dr. Wojciech Weryszko. 

Owo muzeum to nie jest jedyna rzecz w Białkowie, która ma przypominać o kresach wschodnich. Kawałeczek dalej wyrosła chłopska zagroda żywcem przypominająca te, które zostały na Polesiu. 

Tak przy okazji, kiedy się patrzy na te drewniane, strzechą kryte zabudowania "z Polesia" i stojące obok poniemieckie kryte dachówką budynki gospodarcze z czerwonej cegły, to widać jak na dłoni przepaść cywilizacyjną pomiędzy wschodem Niemiec, a wschodem Polski. Z historii własnej rodziny, która również przeprowadziła się tu nad Odrę zza Buga, pamiętam opowiadania o klepisku z gliny zamiast podłogi i sławojkach za stodołą. Niewątpliwie repatriacja na zachód, choć wymuszona, była dla wielu też i skokiem cywilizacyjnym. Ale to temat,  który można by długo omawiać, a ja nie o tym, nie o tym...      
    











Jak widać nie tylko Polesie zostało tu upamiętnione 

Zdjęcia tego mini skansenu zrobiliśmy latem i już wówczas się zastanawialiśmy, jak długo się te budowle uchronią przed ogniem. Drewno i słoma? To aż się prosi o pożar. Niestety, długo nie czekaliśmy. Parę dni później za naszymi okami na sygnałach w kierunki Białkowa przejechała kawalkada wozów strażackich i już wiedzieliśmy, że w ostatnim momencie zdążyliśmy zobaczyć tę niewątpliwą atrakcję turystyczną Białkowa.     

Tą są zdjęcia zrobione dziś.   







Kościół
Na szczęście neoromański kościół z 1840 roku stoi nadal i całkiem nieźle się prezentuje. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu kościół zyskał miedzy innymi nowy hełm oraz tarcze zegarowe.

Tak prezentował się przed renowacją.

A tak prezentuje się dziś 


Jak widać i na terenie kościoła jest kultywowana pamieć o Polesiu

I standardowo przerobiony poniemiecki pomnik ku pamięci żołnierzy, którzy zginęli w czasie 1 wojny światowej. 

 Z ciekawszych rzeczy we wsi znaleźliśmy jeszcze


Ten oto całkiem ładny domek o ciekawej architekturze 

Oraz ten oto pięknie odnowiony dworek- dziś miejsce organizacji wesel i innych imprez tego typu. 


Na ten budynek też mówi się we wsi "dworek". Ponoć pochodzi z XIX wieku. Ale jeżeli miał on kiedyś zabytkowy charakter, to na pewno go zatracił po gruntownym remoncie. Dziś wygląda tak, jakby go wczoraj wybudowano. Znajduje się tutaj siedziba towarzystwa miłośników Polesia i Białkowa.
    
KŁOPOT: "BOCIANOWO" - POLSKA STOLICA BOCIANA
W tej właśnie wsi przypada największa ilość bocianów na mieszkańca i mieści się tu chyba jedyne w Polsce Muzeum Bociana Białego

Dowiemy się o tym  już z drogowskazu  w Cybince

I faktycznie, gdzie się we wsi nie obrócisz, tam bocian albo bocianie gniazdo.



A oto i muzeum bociana w Kłopocie 

Most
Ale Kłopot skrywa jeszcze jedną a ciekawostkę. Niezabliźniony ślad po ostatniej wojnie- niemiecki most nad Odrą. A właściwie to tylko połowę mostu. Most ten w konstrukcji żelbetowej z pięknym przęsłem stalowym oddano do użytku w roku 1919 w miejscu, gdzie wcześniej odbywała się przeprawa promowa. Łączył on Kłopot (niem. Kloppitz) z miejscowością Fürstenberg po drugiej stronie Odry. 
Największe znaczenie w swej historii most ten odegrał pod koniec roku 1944 i na początku roku 1945, kiedy stanowił bramę dla ogromnej ilości uciekających przed frontem Niemców. Uchodźcy ze wschodnich prowincji Rzeszy przechodzili tędy jedną wielką falą dzień i noc, aż do 4 lutego 1945 roku, kiedy to by opóźnić nacierającą armię radziecką wysadzono metalowe przęsło mostu. Co ciekawe, zachowało się dla potomnych nawet nazwisko sapera, który to zrobił. To niejaki Justus Jürgensen, z jednostki Pionierbauersatz - und Ausbildungsbattaillon  z Crossen/Oder wcisnął przycisk detonatora.

A oto zdjęcia owego mostu dzisiaj: 

Tam gdzie nasi dziadowie  wbijali drewniane słupy graniczne, dziś stoją plastikowe. Taki znak czasu.  

Widok z boku na ocalałą połowę mostu. Wał stanowi uczęszczaną trasę spacerów okolicznych mieszkańców. To nie dziwi, zważywszy na piękne okoliczności przyrody nadodrzańskich łęgów.   

Zza wyszczerbionej balustrady widać panoramę Eisenhüttenstadt, czyli Nowej Huty. Miejscowość ta  powstała w 1961 roku z połączenia trzech miejscowości: Fürstenberg, Schönfließ oraz Stalinstadt, czyli osiedla robotniczego wybudowanego założonego w 1950 r. dla pracowników nowo powstałej tu huty żelaza.   

Wyrwa w balustradzie po trafieniu pocisku  

Takich śladów po wojnie na moście jest pełno. 

Tak się kończy most w połowie rzeki. Po niemieckiej stronie usunięto wszystkie ślady po przyczółku.   

I jeszcze tradycyjnie rzut oka na to, co było, a czego już nie ma.

I taka jeszcze jedna ciekawostka: wśród miejscowej ludności krąży fama, iż podczas prowadzonego w 2000  roku remontu wałów przeciwpowodziowych odkryto w okolicy mostu szczątki niemieckiego żołnierza w pełnym umundurowaniu.
Ponoć istniał pomysł odbudowania mostu, albo chociaż zrobienia kładki dla pieszych przez rzekę, ale chyba wystąpił brak woli ze strony niemieckiej i pomysł upadł. Domyślam się, że to niemieccy przedsiębiorcy wystraszyli się, że klienci im uciekną przez ten nowy most po tańszy towar do Polski. I zapewne mieli rację.    


Niedaleko mostu po drugiej strony Odry widnieją ruiny zniszczonej fabryki. Jak się dobrze przyjrzeć to na kominach widać mniejsze i większe dziury po pociskach. Któraś z filmowych kronik wojennych z 1945 roku utrwaliła moment, kiedy pociski radzieckie wybijały te dziury. Szkoda że nie mogę teraz znaleźć tego materiału. 

URAD
W kolejnej miejscowości wpadł nam w oko wioskowy kościół o nietypowym kształcie. Z całą pewnością przed wojną ten budynek pełnił inną rolę- może na przykład wioskowej świetlicy? Po ornamentach umieszczonych pod naczółkami okien widać, że gdy stawiano ten budynek, to akurat w architekturze wchodziła moda na secesję.   

Tylko ten kolor... Taki jakiś "majtkowy" 

Ze starych map wynika, że dawniej kościół wraz z cmentarzem mieścił się naprzeciwko wspomnianego wyżej budynku. Dziś świadectwem tego faktu są tylko te słupy bramy wjazdowej i drzewa pamiętające tamte czasy. Co się stało, że kościół zniknął z powierzchni ziemi?  

Kolejny pomnik poświęcony żołnierzom niemieckim, którzy zginęli w czasie I wojny światowej.  Płaskorzeźba w/g mnie przedstawia matkę bolejącą nad śmiercią swego syna. Ale pewnie większości skojarzyła się też z Matką Boską, dzięki czemu pomnik ostał się po wojnie, usunięto tylko metalowe niemieckie napisy, po których do dzisiaj zostały ślady.   

I kolejne ślady walk, które się tu toczyły. Okrutnie postrzelana ściana. Co ciekawe, tylko ta jedna. 

RYBOCICE 
I ostateczny cel naszej wyprawy. Stary niemiecki cmentarz w nadodrzańskiej wsi Rybocice.

Tu stare niemieckie groby przenikają się z polskimi pochówkami.
 

 Z tego grobu zostało tylko ogrodzenie. To ciekawe, bo zazwyczaj to właśnie metalowe ogrodzenie znika pierwsze jako cenny łup złomiarzy.

 I kolejny taki przypadek 

 
 Większość grobów szczelnie pokrywa dywan charakterystycznej dla cmentarzy roślinności. 

 Kolejne dzisiaj spotkanie z secesją. Tym razem w formie płotu wokół kwatery cmentarnej.

"Nasi kochani rodzice Wilhelm i Klara Berfelde" i jedna data śmierci. Czy to świadectwo rodzinnej tragedii?  I ciekawe, czy potomkowie Klary i Wilhelma jeszcze żyją.



Modne w pewnym okresie były pomniki  nawiązujące do form naturalnych. Tu prefabrykowany postument na tablicę nagrobną, który ma przypominać pień drzewa.  


Tu trochę bardziej na bogato, bo z dodatkiem liści dębowych.

Ten nagrobek jest też z tych nawiązujących do natury.  

Widać to wyraźnie, kiedy się na niego patrzy od tyłu.

To nagrobki charakterystyczne dla XIX wieku. Miały jeszcze metalowy krzyż na górze.








Na postumencie resztka ułamanego żeliwnego krzyża, który pewnie pojechał do huty prosto ze składowiska złomu. 

Nieczęsto można spotkać w całości te odlewane piękne krzyże, na których gotykiem wypisano nazwisko i datę urodzin oraz śmierci zmarłego. A szkoda, bo były one ładne. 

Z dala od polskich grobów znaleźliśmy jakby ukryte w najdalszej części cmentarza nagrobki, które nas mocno zastanowiły. Choć są w tej poniemieckiej, zapomnianej przez ludzi części cmentarza, to same groby są zadbane i pełne kwiatów. 
To groby rodzin muzułmanów (Tatarów?), którzy ewidentnie tu zamieszkują (lub zamieszkiwali). I to od dawna, bo najstarszy grób datuje się na 1947 rok. 

        Te pięć małych grobów jest na pewno świadectwem dużej tragedii rodzinnej. Każde z tych dzieci zmarło w tym samym roku, w którym się narodziło, lub też w kolejnym roku po urodzeniu. Czworo z tych dzieci należało do jednych rodziców.  


 Kawałek dalej kolejne dwa muzułmańskie groby. Te dziwne brzmiące dla nas nazwiska wywodzą się prawdopodobnie od imion ojców zmarłych- Aleksander Jeljaszewicz  miał ojca o imieniu Ilja, a Aleksander Safarewicz miał ojca o imieniu Safar. 

Wracając już do Cybinki pstryknęliśmy jeszcze fotkę pięknie odrestaurowanemu i dosyć ładnemu domkowi. Taki widok, kiedy ktoś docenił piękno architektury i o nie zadbał, jak zawsze cieszy.  

I nie mogliśmy się oprzeć, by sfotografować i ten osobliwy dom. Zdumiał nas kompletny brak porządku architektonicznego. Brak symetrii, różne naczółki nad oknami, różne odstępy miedzy oknami ... Po prostu chaos.  Kto to projektował ?! 

 A, i jeszcze tajemnicze betonowe ruiny tuż przy drodze, pomiędzy Uradem a Kunicami.
  
Cóż to mogło być ? 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lubuskie- część 8 (Ośno Lubuskie)

Lubuskie - część 1 (Cybinka)

Lubuskie- część 9 (Szydłów - zapomniana wieś, zaginiona twierdza)